piątek, 7 października 2016

3 kopce zdobyte

Pomysł wzięcia udziału w Biegu Trzech Kopców w Krakowie zrodził się u mnie w maju gdy jechaliśmy na mini maraton o puchar radia RMF. Wtedy to Pan Jancio opowiedział mi co nieco o tym biegu co mnie jeszcze bardziej zachęciło. Następnie Paweł P napisał na forum, że są zapisy i voilà tak zaczęła się przygoda z 10 PZU Biegiem Trzech Kopców.


Sam bieg jest bardzo specyficznym i wyjątkowym biegiem, ponieważ jest to jedyny bieg górski w Polsce którego trasa biegnie przez miasto. Trasa liczy niespełna 13 km i biegnie od Kopca Krakusa poprzez Kopiec Kościuszki aż do Kopca Piłsudskiego. Limit zapisów sięgał 2500 uczestników i został zapełniony bardzo szybko co tym bardziej podkreśla wyjątkowość tego biegu.

01.10.2016 r. czyli w sobotę przed biegiem będąc w Krakowie odebrałem dla naszej trójki pakiety a mianowicie dla mnie, Pawła i Ani. Pakiety były bardzo fajne i zawierały koszulkę, makulaturę, słodycze i najważniejsze czyli zestaw do przygotowania babeczek kopca kreta Dr. Oetkera. Następnie pakiety zawiozłem Ani i Pawłowi. Wspominam o tym dlatego, bo kiedy przekazywałem pakiet Ani, powiedziała mi, że pobiegnie cały bieg ze mną żeby mnie „pociągnąć”. Ucieszyłem się bardzo na tą wiadomość choć wiedziałem, że dostanę w kość.
Niedziela rano. O godz. 8:30 umówiliśmy się z Pawłem na wyjazd do Krakowa. Za nami jechała Ania z rodzinką. Następnie po znalezieniu miejsca parkingowego umówiliśmy się na Rynku Podgórskim i stamtąd udaliśmy się do biura zawodów oddać rzeczy do depozytu. Na miejscu spotkaliśmy kilkoro znajomych, z którymi zamieniliśmy parę słów i pożyczyliśmy sobie wzajemnie powodzenia. Następnie pobiegliśmy się rozgrzać. Podczas rozgrzewki wymienialiśmy się cennymi uwagami co do biegu i rozłożenia sił. Po rozgrzewce udaliśmy się na start pod Kopiec Kraka. Tam ku naszemu zdziwieniu (zaznaczę, że nie spodziewaliśmy się nikogo) spotkaliśmy Ilonkę w koszulce RD co bardzo nas rozradowało, że przyszła nam kibicować za co bardzo Ci dziękuję Ilonko. Po wspólnych fotkach i ostatnich żartach stanęliśmy na starcie.


 Bieg ruszył. Na początku było lekko, bo z górki więc bieg był bardzo przyjemny. Na trasie spotykaliśmy znajomych z Gdów Proud Runners, z którymi się wzajemnie pozdrawialiśmy i zamieniliśmy kilka słów. Podczas biegu po Bulwarach Wiślanych musiałem upominać Anię, żeby troszkę zwolniła, bo nie chciałem „przypalić” biegu na tym etapie. Zbliżając się do 5 km zacząłem odliczać metry do wzięcia żelu, który zgodnie z planem miałem spożyć po tym dystansie. Tak à propos był to mój pierwszy raz kiedy spożyłem żel, stąd byłem bardzo ciekawy jego smaku i zarazem działania. Jedno już wiem, po żelu samo się nie biegnie, niestety :P. Dobra, kolejnym etapem biegu był podbieg pod Kopiec Kościuszki. Wtedy pierwszy raz poczułem jak słaby jestem do biegania po górkach. Mimo to nie stawałem i zgodnie z radami Ani pomagałem sobie jak najwięcej rękami, bo założenie było proste – za nic nie przejść do marszu przez cały bieg – ot taki punkt honorowy. Dodam, że udało mi się to i czułem się dzięki temu choć trochę lepszy od tych co wychodzili pod górki a nie wybiegali.


Biegnąc z Anią co chwilę wyszukiwaliśmy sobie tzw. zajączków których goniliśmy i wyprzedzaliśmy. Taka fajna zabawa, która dodaje siły podczas biegu – Polecam! Na podbiegu wyprzedzałem jakiegoś faceta którego napis na koszulce ewidentnie odzwierciedlał to co miałem w głowie. Pogratulowałem mu tego napisu po czym przeczytałem go na głos, bo Ania nie widziała, a brzmiał on tak: KURWAMAĆJAPIERDOLENACHUJMITOBYŁO. Wszyscy w koło się śmiali, więc chyba nie tylko mi się on podobał. Biegnąc dalej, mijając kolejnych chodziarzy na podbiegach coraz bardziej brakowało mi siły i miałem chęć stanąć ale na szczęście była obok mnie Ania, która cały czas mnie motywowała i podnosiła na duchu. Przed metą było sporo z górki więc dałoby się odpocząć ale nie przy Ani, która pospieszała mnie cały czas, jak to stwierdziła - słychać już było metę. Przed metą był lekki podbieg, potem prosta i dookoła Kopca Piłsudskiego. Miałem już wtedy serdecznie dość wszystkiego, ale jak kibice krzyczeli dawać Dobczyce!, biegnij Maleństwo! itp. dodawało mi skrzydeł dzięki czemu ostatnie metry cisnąłem sprintem i wyprzedziłem nawet Anię. Potem był już medal, chwila oddechu i szukanie Pawła który przed metą nam dopingował. Jak się już znaleźliśmy był czas na zajadanie się żurkiem i babeczkami kopca kreta Dr. Oetkera. Szybkie fotki pod kopcem z medalami i wio do autobusu. W autobusie taki tłok, że drzwi nie chciały się domknąć. Osobiście współczuję tym ludziom co musieli wąchać nas biegaczy ale na to nie dało się nic poradzić.


Tyle mojej wyczerpującej relacji. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem.
Tu jeszcze w tym miejscu pragnę ogromnie z całego serca podziękować mojemu koniowi pociągowemu na tym biegu czyli Ani. Ania jesteś niesamowita bo bez Ciebie na pewno bym tak szybko tego biegu nie przebiegł. Dziękuję <3


Paweł Urbański




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz